Po prostu kontener.

Po prostu kontener.

Chyba nie powiecie mi, że im więcej rzeczy do zrobienia tym mniej robicie. No przecież stare przysłowie  Matki mówi, że nie siądziesz wieczorem, dopóki nie przetrzesz blatu w kuchni (ja ten codzienny blat ukradłam od Karoliny), zamykając listę tak zwanych t-o-d-o-s-ó-w. No tak jakoś jest, Matki to kontenery. O tak, to dobre określenie. Aż poruszyło się w mojej głowie osobiste Trello. I nie dość, że te kontenery mają drobnicę wszelakiej treści, od kupić bagietkę na “po judo” przez wysłać do 12.00 raport w pracy do XY, po zanieść do żłobka chusteczki nawilżone, to jeszcze ta drobnica tak się układa, że przestrzeń między nią jest prawie żadna. I czasem ze zgrzytem drobnica ociera się o siebie, co jest całkiem dobrym sposobem na przypominanie o sobie… i… na powstawanie nowej przestrzeni na nowe “to do”.  I to nowe “to do” to nic innego jak poczucie, że wygrałaś w totka, bo nogi Ci skaczą, serce przebija się przez biust, chcesz krzyknąć z radości, ale nie możesz, bo duet najmłodszych testosteronów właśnie zaczął miarowo oddychać i nie wydobywa się z nich już żadne “Mamooooooooo”… Otwierasz swój warsztat ukryty w szafie, światełko cyk, czarna nitka w gotowości… to jest MÓJ CZAS. Czas na uszycie takiego KONTENERA!

Fot. Fotostyczna

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *